ARTYKUŁY z tagiem: Listy

2012-09-17
Tagi:
Kolumbia, kombonianie, Listy
Lokalizacja:
Świat
KOLUMBIA - Niezwykły kraj

Jeśli ktoś zapytałby mnie, jaka jest Kolumbia, bez namysłu odpowiedziałbym: niezwykła! Jest to bowiem kraj, w którym z każdym mijającym dniem coraz bardziej się zakochuję i który staram się każdego dnia na nowo odkrywać. Jest częścią mojego powołania... Jestem tu już od czterech lat, a mam wrażenie, że wciąż jest wiele rzeczywistości, których nie rozumiem, nie znam, a które chciałbym – w rzeczy samej – głębiej poznać, zrozumieć i nauczyć się ich. I to właśnie pomogło mi podjąć decyzję, dokąd wybrać się podczas tegorocznych letnich wakacji.

Po kilku dniach poszukiwań skontaktowałem się z o. Alberto Franco, dyrektorem międzywyznaniowej organizacji Sprawiedliwość i Pokój, i to on doradził mi wyjazd do Curvaradó. Tak też zrobiłem… Do swojej „wiernej” torby podróżnej spakowałem trochę ubrań, latarkę, Biblię, coś na moskity, opakowanie z tabletkami Ibuprom i, oczywiście, niezbędne kalosze.

 

Bogotá – Medellín: niecała godzina spokojnego lotu

W Medellin zostałem dwa tygodnie. Odwiedzałem parafie, znajomych i naszych przyjaciół, którzy zawsze pomagają misjom. Po dwóch tygodniach postanowiłem wyruszyć  dalej...

 

Medellin Mutatá: osiem godzin jazdy małym autobusikiem

Ten etap był dość „dziwny”. Busikiem podróżowało 8 pasażerów i kierowca, który rozmawiał ze mną po angielsku (dla niego każdy obcokrajowiec to gringo, a gringo musi znać angielski). Kiedy usłyszał, że jestem z Polski, niezmiernie się ucieszył, ponieważ wiele lat mieszkał w Chicago, gdzie pracował z Polakami. Droga więc upływała mi na słuchaniu  historii sympatycznego kierowcy... Po kilku godzinach podróży zapytał mnie:

− Tomas, a dokąd jedziesz?

− Wysiadam w Mutatá − odpowiedziałem.

− Mutatá? − bardzo się zdziwił.

− No tak, w Mutatá! − uśmiechnąłem się.

− A dlaczego tam, jeśli mogę zapytać?

− Mam tam przyjaciół i jadę ich odwiedzić − powiedziałem z lekką niepewnością, wiedziałem bowiem, że regiony, do których zmierzałem, są niebezpieczne i nie ma tam żadnych atrakcji turystycznych. Tylko dżungla i niezmierzone kilometry tropikalnych lasów deszczowych.

Mężczyzna spojrzał na mnie, jakbym był kimś nadzwyczajnym.

− Tomas, jesteś misjonarzem, prawda? − zapytał w końcu.

Uśmiechnąłem się, zdumiony zdolnością jego dedukcji, i odpowiedziałem twierdząco.

− No tak, musisz być misjonarzem, bo nikt inny przy zdrowych zmysłach nie jedzie do Mutatá... Tylko ludzie od Boga − spuentował.

Kilka minut później przesiadłem się do innego busika, żeby kontynuować podróż. Kiedy prawie dotarłem do celu, poszedłem na umówione miejsce i czekałem aż ktoś mnie odbierze. Jeszcze w Bogocie o. Alberto powiedział, że skontaktuje się ze mną Sara, Włoszka, która mieszka w miejscu, do którego zmierzam. I to właśnie ona powiedziała mi przez telefon, gdzie i o której mam czekać. Po niecałej godzince, podczas której starałem się nie rozmawiać z nikim, tak dla bezpieczeństwa, podszedł do mnie chłopak.

− Idziemy, autobus już czeka − powiedział.

 

Mutatá-Bajirá: dwie godziny autobusem

Dopiero w autobusie dowiedziałem się, że to nie koniec podróży i do celu ciut jeszcze brakuje.  Pojazdem tym, przy którym autobusy meksykańskie to cud, miód i malina, jechaliśmy kolejne dwie godziny. Podczas jazdy Milbia i Jorge − osoby, które mi towarzyszyły − wytłumaczyły w skrócie, z kilkoma niezbędnymi  szczegółami, sytuację miejsca, do którego zmierzaliśmy. Z zainteresowaniem obserwowałem krajobrazy: lasy i lasy; plantacje bananów, juki i ananasy, gdzieniegdzie niewielkie domy i dzieci bawiące się na drodze i pozdrawiające nas. Wielkie, niebieskie motyle przykuwały moją uwagę. Zdumiewające były kilometry pól, na których pasły się setki krów... Potem dżungla, małe wodospady, plantacje... i nagle koniec drzew i znów tylko pola i pola, potem znowu lasy i lasy, dalej plantacje. W końcu zmęczeni  i spragnieni dojechaliśmy...

− Tomas,  to jeszcze nie koniec. To jeszcze nie nasz cel − powiedziała Milbia.

− Ok! − odpowiedziałem. − Zatem w drogę, bo wkrótce się ściemni, a podróż po ciemku na tych terenach to nic przyjemnego.

 

Bajirá Brisas: 20 minut motorami

W tym regionie jedyne dostępne środki transportu to motocykle, które funkcjonują tu jako „taksówki”. Po dwudziestu minutach dotarliśmy nad brzeg dużej rzeki.

Chyba trzeba będzie ją przepłynąć − pomyślałem, a po chwili moją myśl potwierdziła Milbia, pocieszając, że to już prawie koniec podróży.

 

Brisas Las Camelias

Milbia i Jorge pomogli mi wnieść bagaże do małej łódki, podobnej do kanoe, zwanej tutaj potocznie el bote. Wsiedliśmy i jakieś cztery minuty później byliśmy już na drugim brzegu. Chłopak, który prowadził łódkę (napędzaną bardzo dobrym motorem Yamaha), jak się później dowiedziałem, to przyjaciel i sąsiad  moich towarzyszy podroży.

 

Las Camelias, Zona Humanitaria

Po zejściu na brzeg wziąłem torbę podróżną na plecy, a do rąk kilka innych torebek z zakupami i w drogę. Tym razem to tylko jakieś dziesięć minut piechotą. Przeszliśmy obok oddziału żołnierzy, którzy zażądali od nas dokumentów, i po krótkiej rewizji poszliśmy dalej.

 

Dotarliśmy!

Pomiędzy drzewami, krzewami i wysoką trawą  ujrzałem ogrodzenie, kilka drewnianych domków, grupkę dzieci bawiących się na drodze, które natychmiast do nas podbiegły i obdarzyły uśmiechem.

Przewodnicy zaprowadzili mnie do lokalu organizacji, kierowanej przez o. Alberto, i przedstawili pozostałym członkom ekipy, po czym zaprosili na obiad. Tego dnia, jak i każdego następnego, był ryż z kokosem, platanem i dynią.  Po chwili pogawędki udałem się do swojego pokoju. A jako że nie ma tam prądu, szybko rozpakowałem się, zanim zapadł zmrok. Wziąłem prysznic z deszczówki, który po takiej podróży był najwspanialszym prezentem. Moją uwagę przykuł brak okien i drzwi we wszystkich domach. Dopiero później zrozumiałem, nie są tam one potrzebne.

Przed zaśnięciem Pan Bóg podarował mi jeszcze jeden prezent. Jak wcześniej wspomniałem, nie było tam prądu, a miasto znajdowało się daleko. W pewnej chwili, w nocnej ciemności, ujrzałem tysiące niezwykłych światełek. Były to robaczki świętojańskie, które harcowały  w trawie i na drzewach. Ten wspaniały widok towarzyszył mi każdej następnej nocy przed zaśnięciem...

Położyłem się do łóżka z moskitierą, bo bez niej owady zjadłyby mnie w jedną noc. Kołysany muzyką miejscowych świerszczy, zwanych las chicharras, wkrótce zasnąłem. I tak oto rozpocząłem nowe doświadczenie, które pomogło mi bardziej poznać i zrozumieć Kolumbię, zrozumieć Amerykę Łacińską...

 

Zona Humanitaria Las Camelias    

Cel mojej podróży − Zona Humanitaria Las Camelias − to coś w rodzaju obozu dla uchodźców. To urzeczywistnienie zasad Międzynarodowego Prawa Konfliktów Zbrojnych, zwanego też Międzynarodowym Prawem Humanitarnym. Prawo to zawiera normy, które podczas konfliktu zbrojnego chronią ludność nie uczestniczącą w walkach oraz tych, którzy przestali w nich uczestniczyć.

Kolumbia to przepiękny kraj, ale od wielu lat nękany jest wojną domową. Północne Chocó, gdzie przebywałem ostatni miesiąc, to teren najbardziej nią dotknięty. Z tego powodu najbardziej cierpi ludność cywilna, czyli rolnicy, los campesino.

Obecnie liczba osób wysiedlonych, los desplazados, wynosi ok. 5 milionów (wg CODHES), co stawia Kolumbię, zaraz po Sudanie, na drugim miejscu tej haniebnej listy. Od roku 1997 wiele osób wysiedlono z ich domostw i gospodarstw. Ludzie musieli uciekać, by chronić życie swoje i bliskich, ponieważ w tym czasie tereny „oczyszczane” były przez wielkie organizacje, w tym znanych polityków i osoby związane z handlem narkotykami. Przejmowano je z pomocą wojska i grup paramilitarnych. Cel osiągnięto, mordując niewinnych rolników i ich rodziny lub ich wysiedlając.

Dzięki pomocy kilku organizacji, w tym też Sprawiedliwości i Pokoju (Comisión Intereclesial de Justicia y Paz), wielu odważnych i  walecznych ludzi, wysiedlonych  w roku 1997, 2005 i 2008, powróciło na swoje ziemie, tym razem wyznaczając granice drutem kolczastym i deskami. Tereny te (w całym kraju jest ich 14), będące dość specyficznym typem obozów dla uchodźców, nazwano Zonas Humanitarias. Może tam wchodzić jedynie ludność cywilna. Żaden z „aktorów”, biorących udział w konflikcie (los actores armados), nie ma prawa postawić tam nogi.

Miejsce, w którym przebywałem, jest niezwykłe. Miałem wrażenie, że to oaza spokoju i dobroci, gdzie jedna rodzina pomaga drugiej, a ludzie są otwarci i chętnie dzielą się swoimi historiami, swoim życiem.  Od drugiego dnia mojej obecności w tym miejscu starałem się być zauważalny. Chodziłem między domami, pozdrawiałem ludzi, a oni wiedząc, że jestem z tych „dobrych”, zapraszali mnie na ławeczkę przed domem i − według zwyczaju − częstowali dobrą kawą, a czasem domowym chlebem (las cucas).

Jedną z bardziej poważanych osób, nie tylko w Las Camelias, ale w całym północnym Choco, jest María Ligia Cheverra. Tę siedemdziesięcioczteroletnią kobietę ludzie wybrali, by na specjalnej konferencji Międzyamerykańskiego Trybunału Praw Człowieka w Waszyngtonie przybliżyła rzeczywistość uchodźców i opowiedziała o kradzieży ziem. Była pierwszą ważną osobą, la matriarca, którą poznałem w tym miejscu. To ona opowiedziała mi historię powstania Las Camelias, a także o losach swojej rodziny. Zapoznała mnie też z panującymi obyczajami.

Ludzie cieszyli się, że ja, obcokrajowiec, zachodzę do ich domów i przyjmuję to, czym się dzielą. Pytałem więc ich o zwyczaje, tradycje i historię, a oni mnie o sprawy dotyczące Polski. Chcieli wiedzieć, co się u nas uprawia, jacy są ludzie i czy też jest wojna.  Moją uwagę przykuwały słowa, które słyszałem prawie w każdym domu: Tak, Tomás, wszystko jest w rękach Boga albo tylko dzięki Bogu żyjemy i możemy walczyć o nasze prawa. Bóg jest z nami.

Może jeszcze wspomnę pewną groteskową rzecz. Otóż, spacerując codziennie po wiosce, nie mogłem przyzwyczaić się do widoku miejscowych kur. Po raz pierwszy w życiu widziałem tak mało opierzone ptaki. Ich szyje były całkowicie gołe, a na głowach sterczała mała czuprynka, za to na łapach znajdowało się mnóstwo piórek. Kiedy zapytałem dzieci, jak nazywają swoje kury, w odpowiedzi usłyszałem, że pata Peluda (czyli opierzona noga).

 

Zaprzyjaźniłem się szczególnie z jedną z rodzin mieszkających w Las Camelias. Taquio i jego żona Arjélida mają dziewięcioro dzieci. To rodzina, której dużo zawdzięczam. Celem mojej misji było m.in. podzielenie się swoim czasem z ludźmi, chęć pozostania ich bratem oraz przebywanie z nimi... Przez wiele dni, około wpół do szóstej rano, wychodziłem z rodziną Taquio na pole, gdzie mieli ryż i banany. Akurat był to czas zbioru ryżu (la cosecha de arroz). Ścinaliśmy więc ręcznie dorodne kłosy. Doświadczenie naprawdę niepowtarzalne. Podczas pracy dużo rozmawialiśmy i nawzajem poznawaliśmy swoje życie i zwyczaje. Słuchając historii rodziny, mogłem poznać ich wiarę. I choć nie są to katolicy, to są jednak bardzo blisko Pana Boga. To dzięki tej wierze zdolni są przemienić smutek w radość i nadzieję na lepsze jutro. Wszystko pokładają w rękach Boga.

Przed południem, około jedenastej, upały dochodziły do czterdziestu stopni. Miałem wtedy wrażenie, że w powietrzu brakuje tlenu. Schodziliśmy więc z pola i siadaliśmy w namiocie, czyli miejscu zadaszonym liśćmi palmy. Tam kontynuowaliśmy rozmowy. Arjélida przygotowywała jedzenie: ryż z kokosami, upieczony banan, a przy odrobinie szczęścia kawałek mięsa  z upolowanego przez dzieci gołębia. Wszystko smakowało jak nigdy dotąd.

Pewnego dnia poprosiłem Taquio, by nauczył mnie robić hamak. Ten niezwykły człowiek widząc, że chcę nauczyć się czegoś, na czym on się zna, z ogromną cierpliwością pokazywał mi węzeł za węzłem. Jednak jego nauka powoli wchodziła mi do głowy, dlatego po jakimś czasie powiedziałem: Wiesz, trochę mi wstyd, że zawracam ci głowę, bo przecież na polu tyle ryżu do zebrania... Na co on odpowiedział: Niczym się nie przejmuj, Tomas. Jestem przekonany, że to, czego ja cię teraz uczę, ma wielką wartość. Jeśli zostaliśmy tutaj, to dlatego, że Bóg tak chce. Kto wie, czy w tym momencie na polu nie ma jakiegoś niebezpieczeństwa, którego być może jutro już nie będzie... Pan Bóg ma swoje sposoby, abyśmy tego niebezpieczeństwa  uniknęli. nigdy dotąd.

Pewnego dnia poprosiłem Taquio, by nauczył mnie robić hamak. Ten niezwykły człowiek widząc, że chcę nauczyć się czegoś, na czym on się zna, z ogromną cierpliwością pokazywał mi węzeł za węzłem. Jednak jego nauka powoli wchodziła mi do głowy, dlatego po jakimś czasie powiedziałem: Wiesz, trochę mi wstyd, że zawracam ci głowę, bo przecież na polu tyle ryżu do zebrania... Na co on odpowiedział: Niczym się nie przejmuj, Tomas. Jestem przekonany, że to, czego ja cię teraz uczę, ma wielką wartość. Jeśli zostaliśmy tutaj, to dlatego, że BA po chwili ciszy dodał: Para todo hay tiempo, czyli czylina wszystko jest czas...

Dni upływały mi bardzo szybko. Miesiąc przeżyty z ludźmi, los campesinos , w Las Camelias dobiegł końca. Chodząc od domu do domu, żegnałem się z nimi, oni zaś prosili mnie o modlitwę i szybki powrót do nich.

W dzień wyjazdu, z samego rana, odszukałem  Taquio. Wyjąłem z plecaka Biblię i dałem mu ją, a wtedy on powiedział: Tomas, gracias por este pan, co znaczy Tomaszu, dziękuję za ten chleb. Kiedy jego żona przyniosła dwie torby ryżu zebranego kilka dni wcześniej, wzruszony odpowiedziałem: I ja dziękuje wam za ten chleb.

I tak to zaczęła się historia mojej przyjaźni z tą Bożą rodziną.

Szóstego lipca, około siódmej rano, wyjechałem autobusem (la chiva) z Las Camelias do miasteczka Dabeiba. Zostałem tam dwa dni. Stamtąd, już samochodem, udałem się do Medellín. Po czterech dniach dojechałem do Bogoty. Przywitała mnie zimna i deszczowa pogoda.

 

„Witaj w lodówie” − pomyślałem. Bogota położona jest wysoko w Andach, około 2600 m n.p.m. Żyjąc tutaj, aż trudno uwierzyć, że jest ono częścią tropikalnego kraju. Zmarznięty powróciłem do domu, gdzie dwaj współbracia czekali na mnie z ciepłą kolacją.

Minęło już trochę czasu od mojego powrotu, jednakże każdego dnia myślę o przeżytych doświadczeniach. Kiedy jestem „sam na sam” z Panem Bogiem, opowiadam Mu o wszystkim. Przypominam też sobie ludzi, ich twarze, słowa i gesty, krajobrazy, pogodę, przyrodę, radości i smutki... Piękne to było doświadczenie.

Modląc się tym przeżytym czasem, czuje się szczęśliwy. Dzięki Panu Bogu na swoich ścieżkach odnalazłem ludzi dobrych, prostych, nieskomplikowanych, od których nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Jestem szczęśliwy... choć jakże tu być szczęśliwym − pytam sam siebie − kiedy słyszę historie pełne bólu i cierpienia, historie przesiąknięte niesprawiedliwością, historie ran niezagojonych.  Z drugiej jednak strony to wszystko sprawia, że z dnia na dzień bardziej umacniam się w przekonaniu, że Bóg zawsze jest po stronie cierpiących, po stronie biednych.

Historie te utwierdzają mnie − dzień za dniem − w przekonaniu, że jestem na właściwej ścieżce. Pomagają mi odnajdywać radość z rzeczy małych, prostych, takich jak uścisk dłoni, dobre słowo, uśmiech. Uczą mnie dziękować Bogu, tak w chwilach radości, jak i smutku, że warto poświęcić życie, dzieląc się nim z innymi. Być bratem.

 

WRÓĆ