Marcelina Rusnak

O misjach usłyszałam po pierwszy raz, gdy byłam jeszcze dzieckiem. W mojej rodzinnej parafii, w Szczawie, gościliśmy księdza misjonarza. Na kazaniach opowiadał nam o tym, jak wygląda jego życie na misji w Afryce. Im dłużej słuchałam tych opowieści, tym bardziej moje serce się ożywiało. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się u mnie myśl: „Ja też chcę tak żyć.” Poczułam w sercu, że Afryka mnie wzywa.
Lata mijały. Zajęłam się szkołą, studiami, potem pracą. W sercu wciąż żywe było pragnienie misji, wciąż słyszałam to wołanie. Przez długi czas starałam się odnaleźć odpowiednie dla mnie miejsce. Szukałam ludzi, z którymi mogłabym wyjechać. Trafiałam do różnych grup i organizacji, ale to ciągle było nie to.
O tych poszukiwaniach często rozmawiałam z moim przyjacielem, księdzem, który również został misjonarzem. To właśnie on któregoś dnia zadzwonił do mnie, powiedział, że słyszał o Świeckich Misjonarzach Kombonianach, i doradził, bym spróbowała się z nimi skontaktować. Tak zrobiłam. Misjonarze Kombonianie zaprosili mnie na spotkanie formacyjne i już z nimi zostałam. To było to: to byli ci ludzie, których szukałam, to było to miejsce, do którego miałam trafić. To był ten charyzmat.
Teraz i ja jestem Świecką Misjonarką Kombonianką i jest to powód mojej wielkiej radości.
Wiele lat upłynęło od chwili, gdy jako dziecko powiedziałam „tak” misjom, do momentu mojego dotarcia do upragnionej Afryki. To był długi i trudny czas oczekiwania, walki o marzenie, które często oddalało się zamiast się przybliżać. W tym czasie nieustannie towarzyszyło mi jednak zdanie wypowiedziane przez wspomnianego przyjaciela: „Bądź misjonarką miłości wszędzie, gdziekolwiek się znajdujesz.” Zrozumiałam, że służenie najuboższym i najbardziej opuszczonym nie zaczyna się z chwilą wyjazdu do Afryki. Moja służba zaczyna się w mojej codzienności, wśród ludzi, z którymi przychodzi mi żyć, których Bóg tu i teraz stawia na mojej drodze życia.
Krajem misyjnym do którego zostałam posłana jest Respublika Środkowoafrykańska.