40 lat w Polsce

Dziękuję bardzo za zaproszenie do podzielenia się pierwszymi doświadczeniami z mojej pracy w Polsce. Czas, który tam spędziłem, był dla mnie pozytywnym doświadczeniem, choć nieco trudnym. Zaznałem wtedy dużo ludzkiego ciepła, prawdziwej przyjaźni i pięknej współpracy. Szczerze mówiąc, pozostałbym w Polsce na dłużej, ale Afryka wzięła górę w moich marzeniach i pracy.

Trudny początek misji

Na początku roku 1986, po pięcioletniej służbie we własnym kraju, nadszedł czas, abym ponownie wyjechał na misje. Wcześniej pracowałem w Afryce, a dokładniej w Ugandzie, dlatego marzyłem o powrocie do tego kraju, do ludzi, których już znałem. Przełożeni jednak poprosili mnie, abym udał się do Polski. Oznaczało to wyjazd do kraju europejskiego, zależnego wówczas od Związku Radzieckiego, i pracę w kraju rządzonym przez ludzi, o których wszyscy mówili, że są wrogo nastawieni do Kościoła katolickiego. Ta sytuacja nie była dla mnie łatwa, ale po dłuższym zastanowieniu się i gorliwej modlitwie zgodziłem się.

Początek początków

Pierwszą wizytę w Warszawie złożyłem w kwietniu tego samego roku, kiedy doszło do słynnej awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Pojechałem wtedy z ówczesnym prowincjałem Włoch o. Mario Piotti, aby nawiązać kontakt z niektórymi instytutami zakonnymi obecnymi na terenie Polski i zrozumieć, jakie są możliwości rozpoczęcia działalności misjonarzy kombonianów w Polsce. Była to jakby wizyta rozpoznawcza. Po powrocie do Włoch zapisałem się na krótki kurs nauki języka polskiego na uniwersytecie w Mediolanie u polskiego profesora, który później został moim przyjacielem. Po raz drugi pojechałem do Polski na dłużej. Towarzyszył mi wtedy młody i błyskotliwy o. Giulio Albanese, który zapisał się na bardzo wymagający kurs w centrum językowym w Warszawie dla zagranicznych studentów z całej Europy. Po kilku tygodniach mój towarzysz postanowił jednak wrócić do Włoch zniechęcony złożonością języka polskiego i ogólną sytuacją w kraju. Zostałem sam. Później dowiedziałem się od przyjaciela pracującego w urzędzie imigracyjnym, że gdybyśmy byli we dwóch, nie udzielono by nam pozwolenia na pobyt. Po krótkich wakacjach w Rzymie nie miałem większej chęci na powrót do Polski, ale przełożeni nalegali, abym dalej wytrwale próbował. Zgodziłem się. Tym razem jedynym moim przyjacielem podróży miał być zdezelowany już trochę samochód fiat UNO. Sam w samochodzie, z niewielką sumą pieniędzy w kieszeni, ponownie przejechałem górzystą Austrię w kierunku Polski.

Pobyt i założenie domu

Jadąc przez Austrię oraz ówczesną Czechosłowację i dumając nad swoją przyszłością w Polsce, w której wtedy panował komunizm, a działania Kościoła były bardzo kontrolowane przez rząd, pomyślałem, że konieczne będzie zrobienie czegoś nowatorskiego i pięknego, aby promować Afrykę i sprawę misji. Obiecałem sobie wówczas jedną rzecz: jak najszybciej nauczyć się języka polskiego, by móc rozmawiać z ludźmi z otocznia, ale także, aby prowadzić dialog z hierarchami Kościoła i przedstawicielami rządu czy nawet policją. Ze wszystkimi chciałem żyć w szczerej przyjaźni ugruntowanej na fundamencie otwartości i przejrzystości. Opatrzność zawsze była mi bliska. Zostałem przyjęty przez siostry św. Feliksa (felicjanki) w ich dużym domu położonym na obrzeżach Warszawy. Z pomocą ks. Józefa Warzeszaka mogłem wstąpić na uniwersytet, gdzie zacząłem uczęszczać na kurs „Religie wczoraj i dziś”. W domu sióstr byłem zmuszony do porozumiewania się po polsku, dzięki czemu mój poziom znajomości tego języka poprawiał się,. Czułem dla nich wielką wdzięczność, za to jak mnie przyjęły i wspierały w zmaganiach z nauką języka. Pewnego dnia postanowiłem sprawić im małą niespodzianką. Na dziedzińcu klasztoru była niewielka sadzawka, pełna wody, ale bez ani jednej ryby. Była ona celem codziennych spacerów starszych sióstr, które wychodziły tam każdego popołudnia. Nikomu nic nie mówiąc, kupiłem kilkanaście ryb różnego rodzaju i wrzuciłem do sadzawki. Następnego dnia rano, wychodząc z kaplicy po Mszy, usłyszałem krzyk sióstr: „Cud, cud!”. Wszystkie siostry, z przełożoną na czele, zgromadziły się wokół sadzawki i podziwiały kolorowe ryby. Kiedy do nich podszedłem, wszystkie popatrzyły na mnie podejrzliwie. „Drogie siostry – powiedziałem – bardzo mi pomagacie. Oto mała niespodzianka, aby was uszczęśliwić”. Bo przyjaźń należy pielęgnować.

Oficjalne zezwolenie na pobyt

W międzyczasie złożyłem oficjalną prośbę o pozwolenie na pobyt w Polsce. Szczerze mówiąc, z niecierpliwością czekałem na odpowiedź rządu. Zostanę czy będę musiał wyjechać? Po dwóch tygodniach zostałem wezwany przez arcybiskupa Dąbrowskiego do jego rezydencji. Powiedział mi wtedy, że był w ministerstwie sprawującym nadzór nad Kościołem i rozmawiał z ministrem i sekretarzem. A mnie umówił na spotkanie z sekretarzem. Od razu zapytałem, czy mam iść tam sam. „Oczywiście – odpowiedział arcybiskup. – Ten ważny dygnitarz dobrze mówił po włosku, ponieważ wcześniej pracował w ambasadzie włoskiej”. Byłem zaskoczony takim biegiem sprawy, ale z pewną dozą niepokoju w sercu zgodziłem się na spotkanie. Kilka dni później stanąłem przed obliczem sekretarza. Na wstępie naszej rozmowy poprosiłem, aby rząd polski pomógł mi w pracy na rzecz Afryki. Po krótkiej wymianie zdań powiedział z uśmiechem, że wydaję się być szczerym, bezpośrednim i sympatycznym Włochem i że wyda pozytywną opinię na temat mojej prośby, ponieważ bardzo szanuje arcybiskupa Dąbrowskiego, a ten z kolei chce, aby kombonianie byli obecni w Polsce. Następnego dnia poszedłem na milicję, bo to tam miałem otrzymać potrzebny dokument. Zostałem tam miło przyjęty przez kilka polskich milicjantek. Chciały mnie poznać i dowiedzieć się czegoś więcej o kombonianach. Opowiedziałem najlepiej, jak potrafiłem, moim łamanym polskim, ale poszło gładko. Kobiety zaprowadziły mnie do komendanta, który przywitał mnie uprzejmie. Trzymając w ręku przygotowany wcześniej dokument, powiedział: „Może pan zostać, ale po sześciu miesiącach musi się pan ponownie zgłosić”. Zażartowałem mówiąc, że miesiące powinny zamienić się w lata. Uśmiechnął się i powiedział: „Mam nadzieję, że tak będzie, ale tymczasem jest jak jest”. Muszę szczerze powiedzieć, że zawsze spotykałem się z miłym przyjęciem i pozytywnymi komentarzami na temat misjonarzy od różnych członków rządu i milicji, których odwiedzałem.

Uniwersytet państwowy

Uniwersytet, na który się zapisałem, był prowadzony przez Kościół katolicki. Wybrałem kurs specjalizacji w dziedzinie teologii o nazwie „Religie wczoraj i dziś”. Szczerze mówiąc, nie było mi tam łatwo, ale pomoc jednego z profesorów w formie dodatkowych zajęć sprawiła, że udało mi się go ukończyć z dobrym wynikiem. Kilku księży, których tam poznałem, namawiało mnie, abym na stałe został w Polsce, ale ja nadal marzyłem o Afryce. W tamtym czasie skończyłem 50 lat, a po początkowych latach mojego misyjnego życia w Ugandzie idea misji w Afryce wciąż bardzo mnie pociągała.

Dom kombonianów w Warszawie

W tym samym czasie zacząłem rozglądać się za możliwością zakupu terenu lub domu, w którym mogłaby się mieścić przyszła siedziba misjonarzy kombonianów w Polsce. Po ukończeniu kursu na uniwersytecie przyłożyłem do tej idei dużo więcej uwagi. Pewne nadarzające się okazje sprawiały, że czułem chęć działania i zastanawiałem się, którą opcję wybrać. Pierwsza sposobność, która się nadarzyła, to niezbyt duża działka położona blisko domu sióstr św. Feliksa, gdzie mieszkałem od prawie dwóch lat. Siostry nalegały, aby kombonianie zamieszkali blisko nich. Byłem niezdecydowany. Okazja przepadła, gdy grupa wpływowych osób z rządu postanowiła kupić tę działkę dla swoich rodzin. Druga szansa dotyczyła dużej działki, którą znany i szanowany proboszcz z innej części miasta mi zaoferował, aby podzielić swoją rozległą parafię. Powiedział, że jest gotowy zbudować nowy dom i kościół. Ostatecznie nie podjąłem się tej przygody, gdyż byłem sam. Trzecia możliwość pojawiła się w niedługim czasie. Była to działka należąca do starszej pani. Ta opcja wydała mi się najlepsza, ale też musiałem z niej zrezygnować, gdyż cena, którą usłyszałem, przyprawiła mnie o zawrót głowy. Na szczęście jednak jedna z osób mieszkających obok tej działki wskazała mi inną wystawioną na sprzedaż. Był to teren z domem jednorodzinnym. Skontaktowaliśmy się z właścicielem i doszliśmy do porozumienia.

Problemem jednak była kwestia zakupu ziemi przez obcokrajowca. Na to było potrzebne specjalne pozwolenie z urzędu, który wtedy nie słynął ze zbyt wielkiej sympatii do Kościoła. Udałem się tam z bijącym sercem i wyjaśniłem nasze plany i cały projekt.  Urzędnik, który mnie przyjął, spojrzał na mnie i powiedział: „Proszę wrócić za tydzień. Znam trochę kombonianów z tego, co robią w Afryce, ale chciałbym się więcej dowiedzieć o tym, co chcecie robić w Polsce”. Po tygodniu dokument czekał już na biurku. Serdecznie podziękowałem i obiecałem, że jeszcze tu wrócę, aby opowiedzieć, jak mi idzie. Teraz potrzebowałem tylko projektu rozbudowy domu. Znalazłem architekta, który z czasem stał się moim przyjacielem i który go przygotował. Potem udało mi się uzyskać pozwolenia na rozpoczęcie prac budowlanych i prace ruszyły. Rozbudowaliśmy dom tak, że w niedalekiej przyszłości był zdolny przyjąć w swej strukturze nie tylko wspólnotę zakonną misjonarzy kombonianów pracujących w Polsce, ale również mógł się stać domem formacyjnym dla tych, którzy postanowili wejść na drogę powołania misyjnego w duchu komboniańskim.

Prawie na końcu

Polskę opuściłem w roku 1995, by jeszcze do niej powrócić na dwa lata (2015-2017). Od tamtej pory obecność kombonianów w Polsce rozrosła się. Teraz mamy dwa domy i kilkunastu polskich współbraci, którzy pracują na czterech kontynentach. Miałem wielkie szczęście i honor przyłożenia ręki do rozpoczęcia tej historii. Chciałbym podziękować wielu wspaniałym ludziom, którzy byli ze mną w tych niełatwych czasach. Bez ich pomocy nie dałbym rady nic zrobić. Nie chcę tutaj wymieniać nazwisk, ale muszę wspomnieć przyjaciół, którzy pomogli mi w nauce języka polskiego, którzy miło przyjmowali mnie w różnych biurach i pomogli uzyskać niezbędne pozwolenia. Jestem wdzięcznym wielu księżom i siostrom zakonnym, którzy z entuzjazmem wspierali mnie w moich zmaganiach. Bardzo miło wspominam też architektów, którzy zaprojektowali nasz dom, i jego budowniczych. Szczególnie ciepło wspominam mieszkańców Bukowa, czyli dzielnicy, w której nasz warszawski dom się  znajduje. Ich ciepłe przyjęcie i zainteresowanie sprawiły, że czułem się tam jak w domu.

tekst: O. PIETRO COZZA MCCJ

zdjęcia: MISJONARZE KOMBONIANIE